dlaczego minidisc przegral z cd

W historii technologii udanych pomysłów było zapewne tyle, co nieudanych. Zdarzały się także spektakularne klęski, a jedną z nich jest próba popularyzacji standardu odtwarzania audio MiniDisc. Choć pomysł wydawał się dobry, nie zdobył uznania niemal nigdzie na świecie. Co było przyczyną tej porażki? Jeśli jesteś ciekaw, przedstawię lub przynajmniej przypomnę Ci tę zapomnianą technologię. Oto historia krótkiego żywota MiniDisc.

Idea powstania MiniDisc

W latach 80. amatorzy słuchania muzyki na stacjonarnych i przenośnych odtwarzaczach korzystali przede wszystkim z kaset. Ten znany wówczas już od około dwóch dekad standard trzymał się mocno, choć w 1982 roku zyskał konkurenta w postaci płyty kompaktowej, czyli CD. Oba nośniki danych miały jednak wady, które starała się wyeliminować firma produkująca najpopularniejszy w tamtym czasie odtwarzacz, czyli Walkmana. Sony chciało stworzyć nośnik trwalszy i praktyczniejszy niż kaseta, a przy tym pozwalający na zapis muzyki tak jak płyta CD.

Degradująca się z biegiem czasu taśma, którą na dodatek trzeba było przewijać, by odtworzyć kolejny utwór, była bolączką kaset magnetofonowych. Z kolei ówczesne płyty CD nie tylko nie umożliwiały wielokrotnego nagrywania materiału, ale były też dość duże, a tym samym niezbyt poręczne.

W 1986 roku inżynierowie Sony rozpoczęli więc prace mające na celu połączenie zalet i pozbycie się wad obu rodzajów nośników. Na tym jednak nie zamierzali skończyć. Nowy standard miał cechować się wysoką jakością dźwięku. Wszystkie założenia udało się spełnić, dzięki czemu w 1992 roku zaprezentowano płytę MiniDisc.

Nowej technologii od początku towarzyszyły problemy. Fiaskiem skończyły się m.in. rozmowy z innym gigantem technologii – firmą Philips. Przedsiębiorstwo z holenderskiego Eindhoven zostało zaproszone do współpracy nad zaprojektowaniem nowego standardu nośników i początkowo było nawet zainteresowane.

Sony chciało jednak grubą kreską przekreślić dotychczasowe dziedzictwo, rezygnując ze wstecznej kompatybilności ze wciąż przecież popularnymi kasetami. Koncernom nie udało więc się porozumieć, w efekcie czego Japończycy zostali sami. Inne firmy również nie zamierzały wziąć udziału w popularyzacji nowego rodzaju płyt. Mimo wszystko Sony miało szansę na sukces, ponieważ możliwości standardu MiniDisc były całkiem imponujące.

Budowa i możliwości płyt MiniDisc

Jak wskazuje nazwa MiniDisc, płyta miała być mniejszy od Compact Disc i tak rzeczywiście się stało. Mało tego, inżynierom Sony udało się stworzyć nośnik niemal dwa razy mniejszy niż CD. Jego wymiary ograniczyli do 7,2 cm szerokości, 6,8 cm wysokości oraz 5 mm grubości. Całość była zamknięta w plastikowej obudowie mającej za zadanie chronić delikatną powierzchnię płyty.

Choć na pozór wyglądała jak pudełko na dysk CD, nie była otwieralna. Na jednym z boków miała przesuwany element, który zmieniał położenie po włożeniu MiniDisc do odtwarzacza. Tym samym nowy standard trochę przypominał dyskietkę.

Projektantom MiniDisc udało się więc stworzyć dość odporny na uszkodzenia, a przy tym najmniejszy na początku lat 90. nośnik plików audio. Zadbali też o zaawansowany oraz prosty sposób odczytu i zapisu danych. Służyły do tego magnes i laser podwyższający temperaturę płyty z jednej strony. Rozmagnesowanie i nagrzanie dysku umożliwiało nagranie muzyki, a samo wykorzystanie lasera jej odtwarzanie.

Nagrany materiał można było też usuwać, a następnie zapisywać nowy. Miało to nie mieć wpływu na działanie płyty, a Sony zapewniało, że MiniDisc będzie sprawny przez 30 lat. Czy tak w istocie było? Chyba nikt się o tym nie przekonał, ponieważ tego typu dyski produkowano o dekadę krócej.

O tym, jaki potencjał krył się za standardem MiniDisc, można się dowiedzieć na przykładzie funkcji sterowania kolejnością piosenek. Zamiast przewijać za każdym razem tak, jak ma to miejsce w przypadku kaset, użytkownik płyty mógł przenosić piosenki z miejsca na miejsce w ramach danej playlisty. Twórcy zwiększyli komfort słuchania, eliminując przerwy w odtwarzaniu powstałe z powodu wstrząsów, np. w trakcie słuchania muzyki z odtwarzacza schowanego w kieszeni kurtki.

Na potrzeby nowego nośnika opracowany został specjalny format plików audio – ATRAC. Muszę przyznać, że był on naprawdę majstersztykiem. Niewielka pojemność MiniDisc wynosząca 140 MB (przy 700 MB w CD) wymusiła decyzję o zastosowaniu jak największej kompresji plików. Powinno skończyć się to pogorszeniem jakości dźwięku, który przecież nawet w płytach CD nie brzmiał doskonale.

Do tego jednak nie doszło, a co więcej, udało się spełnić założenie, jakim było zaprojektowanie płyty zapewniającej świetne wrażenia z odsłuchu. Nagrania były na tyle dobre, że wykorzystywano je nawet w profesjonalnych studiach muzycznych. MiniDisc za jakość cenili też dziennikarze.

Nie ma technologii idealnych i nie inaczej było w przypadku MiniDisc. Nawet największa kompresja nie była w stanie sprawić, że 140 MB byłoby nagle wystarczające. Początkowo na tych płytach dało się zarejestrować zaledwie 64 min ścieżki dźwiękowej. W kolejnych latach Sony poprawiało swoją autorską technologię. Kolejna generacja dysków pozwalała zapisać 74 min nagrań, a ostatnia jeszcze o 6 min więcej. Niby nieźle, ale po prostu nie lepiej niż CD. Kto wie, być może gdyby na tym polu udało się zrobić więcej, standard MiniDisc przetrwałby dłużej.

Moim zdaniem opcja posłuchania nie jednej, a kilku płyt byłaby doskonałą motywacją do zainteresowania się tymi płytami przez użytkowników kaset i CD. Tego jednak zabrakło (pewnie po prostu nie było to możliwe), a inne próby popularyzacji zawiodły.

Próby popularyzacji standardu MiniDisc

Po zaprezentowaniu MiniDisc Sony planowało sprzedawać prawa do produkowania zarówno płyt, jak i urządzeń zdolnych je odtworzyć na zasadzie czasowej licencji. Chętnych jednak nie było, przez co wytwórnie muzyczne nie były zainteresowanie wydawaniem muzyki na tego rodzaju płytach. Szczęśliwie, jak mogłoby się wydawać, Japończykom udało się nakłonić do współpracy jedynie EMI Records. Czas pokazał, że nawet umowa z takim gigantem branży muzycznej, wydającym płyty światowych gwiazd estrady, nie zwiększyła popularności MiniDisc.

Na domiar złego, tak jak już wspomniałem, Sony zostało samo ze swoim zaawansowanym, ale mało komu potrzebnym standardem. Tańsze w produkcji płyty CD oferowały wystarczającą jakość dźwięku, a ich niski koszt pozwalał producentom discmanów i stacjonarnych wież stereo obniżyć ceny za swoje urządzenia. Inne firmy nie miały więc żadnego interesu w tym, żeby tworzyć sprzęt do odtwarzania MiniDisc. Koniec końców robiło je głównie Sony, a oprócz tego trochę urządzeń wydały Panasonic, Sharp i pomniejsze japońskie firmy.

Poza koncernami elektronicznymi z Japonii o budowanie odtwarzaczy MiniDisc nie pokusił się nikt. Dlaczego tylko w Kraju Kwitnącej Wiśni decydowali się na wypuszczanie na rynek nowych urządzeń? Powodem jest dość duża popularność tego typu płyt w tym i niemal tylko tym kraju. Innymi słowy, tam jeszcze opłacało się tworzyć sprzęty obsługujące ten standard nośników. Nawet jednak na Dalekim Wschodzie popularyzacja MiniDisc skończyła się fiaskiem. Przyczyniła się do tego trudna dla mnie do zrozumienia decyzja Sony o możliwości kopiowania płyt.

Nośniki MiniDisc były zabezpieczone przed piractwem jedynie częściowo. Materiał nagrany na płycie dało się skopiować na inną, choć tylko jeden raz. Nie mam pojęcia, czemu to służyło. Być może w ten sposób japoński koncern chciał jakoś upowszechnić swój wynalazek, a przy tym ochronić się przed stratami spowodowanymi masowym piraceniem zawartości. Jeśli tak właśnie miało być, to nie wyszło.

Japończycy nie kupowali dysków, tylko wypożyczali je z legalnie działających punktów. Po przyniesieniu płyty do domu przegrywali ją sobie za darmo. W pewien sposób Sony udało się więc dotrzeć do masowego odbiorcy. Co jednak z tego, skoro firma na tym nie zarabiała tyle, ile powinna. Wieszczyło to koniec produkcji dysków, do którego w końcu doszło.

Przyczyny porażki MiniDisc

Ostatnie płyty w standardzie MiniDisc zjechały z taśm produkcyjnych w 2013 roku. Decyzja o zakończeniu wspierania tej technologii zapadła jeszcze wcześniej. Dwa lata przed zakończeniem produkcji poinformowało o tym fakcie samo Sony.

Muszę przyznać, że agonia tej technologii trwała i tak zaskakująco długo. Szans na przetrwanie nie miała, ponieważ w tamtym czasie popularnością cieszyły się jeszcze odtwarzacze MP3. Ilość muzyki, które można było na nie nagrać, była nieporównywalnie większa, a do tego same urządzenia stały się znacznie poręczniejsze. Początek drugiej dekady XXI wieku to też moment, gdy piosenek zaczęto słuchać ze smartfonów. Niedługo później świat podbił streaming do reszty przekreślający istnienie czegoś takiego jak MiniDisc.

Wynalazek Sony nie miał szans przetrwać starcia z coraz bardziej zaawansowaną technologią. W swoich czasach też jednak nie mógł wygrać. Prawdę mówiąc, ten pomysł od początku był skazany na porażkę. Owszem, pod względem możliwości MiniDisc był lepszy niż inne ówczesne nośniki. Co z tego, skoro standard CD okazał się po prostu wystarczający? Zdecydowana większość potencjalnych klientów nie potrzebowała muzyki w lepszej jakości.

Na domiar złego nie pomagały koszty produkcji MiniDisc. Płyty i odtwarzacze były droższe niż nośniki i urządzenia obsługujące CD. Moim zdaniem zabrakło cechy wyróżniającej tę technologię od innych. Widocznie wyższa jakość nagrań, mniejszy rozmiar i możliwość manipulowania kolejnością playlisty nie były czynnikami przekonującymi do zakupu akurat tych dysków. Co mogłoby nim być? Może właśnie wspomniana już większa maksymalna długość nagrań.

MiniDisc to już tylko technologiczna ciekawostka pokazująca jak trudno dotrzeć do gustów klientów. Sam pomysł był dobry i nie można też przyczepić się do wykonania urządzenia. Założone cele spełniono, a mimo to wynalazek Sony mało kogo zainteresował – dziwię się, że się on nie przyjął. Tak samo dziwiły się zapewne osoby odpowiedzialne za projekt nowego typu dysku. Niestety, choć mieli dobre intencje, ich pomysł przeszedł do historii jako jeden z większych niewypałów technologicznych.

12 / 100

Dodaj komentarz